sobota, 15 września 2012

Prolog.-tak jakby.

 
  Wyobrażacie sobie życie dziecko, które od zawsze czuło od innych tylko niechęć i nienawiść? Które zamiast czułych słówek otrzymywało najgorsze wyzwiska? Które mając rodzinę nadal czuło się samotne i niedoceniane. Nie. Nie potrafił nazwać tego rodziną. Rodzina powinna się wspierać, myśleć o sobie, kochać i dbać. Tak nie było choć mówili, że potrzebują czasu. Choć chcieli robić wszystko dobrze nie potrafili...oboje zostawili swoje dziecko mimo tego, że wiedzieli co czeka go bez nich. Cierpienie, płacz i wieczny ból. Jak widać niebyły to wystarczające powody aby zacząć martwić się o kogoś innego niż tylko znajomych...

- Ty pieprznięty mały bachorze! - Krzykną wysoki czterdziestoletni mężczyzna po raz kolejny kopiąc blondyna w plecy. Chłopak bez rezultatu starał się skulić w kłębek, aby móc uchronić swoje organy wewnętrzne przed siłą oprawcy. Ten jednak miał o wiele więcej siły, lecz niestety mniej rozumu. Alkohol sprawia, że człowiek staje się agresywny, a chłopak przeżywał takie napady nawet od ludzi trzeźwych. Po części czuł do nich żal jak i rozbawienie ich głupotą. Nie był świadomy tego dlaczego ludzie traktują go w ten sposób, więc uciekał się do bezsensownego śmiechu z ich czynów.
- Zdechnij, że wreszcie! - Tym razem stopa mężczyzny powędrowała o wiele wyżej. Gruba podeszwa buta cisnęła mocno o głowę blondyna sprawiając mu tym niewyobrażalny ból. Chłopczyk jękną przeraźliwie i ostatkami sił próbował ściągnąć stopę choleryka z swojej czaszki. Jednakże dłonie dziewięciolatka w tej chwili nie wiele dały patrząc na tą sytuację.
Myśli chłopaka niczym tornado przebiegały przez jego głowę. Chciał płakać, krzyczeć, umrzeć... poczuć w końcu, że jego cierpienie się skończyło jednak wiedział, że to się nie stanie. Nigdy się nie stało, więc dlaczego teraz miało by się udać?
- Zostaw mnie. - Szepną ze łzami w oczach poddając się całkowicie mężczyźnie. Drobna istota zacisnęła pięści i skuliła się lekko czekając na kolejne baty. Szloch roznosił się wolno po całej okolicy, a krople łez spływały po zaczerwienionych policzkach dziecka. Oprawca spojrzał na swoją stopę postawioną na głowie blondyna. Co ja robię do jasnej cholery!? Zapytał sam siebie czterdziestolatek wytrzeszczając oczy. Nigdy nie chciał być takim człowiekiem. Ale to dziecko nie należało do ludzi. Nie było jednym z nich...lecz nawet najgorszy potwór ma serce.
- Masz szczęście. - Rzekł groźnie mężczyzna stojąc już na dwóch nogach. Cofną się lekko i złapał za rękaw swojej kurtki leżącej na brudnej podłodze z tyłu baru. Obrócił się plecami do dziecka patrząc na gwiazdy, które obojętnie obserwowały całe to zdarzenie.
- Przepraszam. - Rzekł odchylając głowę w stronę blondyna, którego niestety już tam nie było... Pozostała tylko krew i parę rozbitych butelek po sake.

"Włóż moją głowę pod wodę.
 Włóż moją głowę pod morze." Zanucił cichutko blondynek siadając na skarpie z której miał idealny widok na wyryte w skale głowy wszystkich Hokage, Konohy. Lubił na nie patrzeć. Działały na niego uspokajająco. Tylko tutaj czuł się bezpiecznie. Z dala od ludzi. Złych ludzi. Pomyślał patrząc ze łzami w oczach na swój zraniony łokieć. Wstał i ruszył pod pierwsze z brzegu drzewo. Położył się wygodnie na mokrej trawie i zamkną oczy. Nie przeszkadzało mu nawet zimno czy ból. Chciał tylko zasnąć...
 Niebo zdawało się być nadal uśpione pomimo tego, że cała wioska zaczynała budzić się do życia. Słońce powoli wynurzało się za chmur oznaczając tym samym, że zaczyna się nowy dzień. Wszystko budziło się do życia nie licząc małoletniego chłopaka, który nie raczył wrócić do domu na noc. Z jego wspaniałego letargu wyrwał go wspaniały śpiew jakiegoś czerwonego ptaka. Błękitne oczy blondynka spojrzały na wspaniały widok miasta, którego nienawidził, a jednakowo kochał. Tylko za co?
Dziewięciolatek powolnie wstał przewracając się na każde strony niczym piany człowiek. Kręciło mu się w głowie, a powieki same chciały się zamknąć. Nagle padł na kolana opierając się rękoma o ziemie. Jego wzrok spoczywał na krystalicznie zielonej trawie na której malowała się poranna rosa.
Nie chce tam wracać. Pomyślał mrugając parę razy. Wiedział jednak, że nie ma wyboru. Podniósł się lekko i zerknął na swoje dłonie. Nie było na nich żadnej wczorajszej rany. Cielesnej nie. Psychicznej tak.

Blondynek cicho otworzył drzwi do swojego domu. Wszedł do środka wytarł stopy o wilgotną szmatkę i na paluszkach ruszył przez korytarz w stronę schodów. Nie było to jednak takie proste ponieważ słyszał jak w salonie rozmawiają jego rodzice. Nie mogli go zobaczyć...
Szybko więc przebiegł obok, wbiegł po schodach i bezszelestnie zamknął się w swoim pokoju. Rozejrzał się prędko po blado niebieskich ścianach po czym podbiegł do drewnianej szafy. Wyjął z niej oliwkową piżamę, a z siebie zaczął ściągać wszelkie ubrania. Gdy był już gotowy wskoczył pod kołdrę oczekując swojej matki, odetchnął głęboko. Wszędzie dobrze, a w domu najgorzej. Pomyślał rozglądając się po sypialni. Był to pokoik trzy na trzy metry. Jasne ściany, jasne meble i okno z którego miał widok na sąsiedni dom.
Pare razy widział jak wychodzi z niego grupka dzieci w jego wieku, lecz nigdy nikt nie chciał go u siebie. A blondyn nie lubił się narzucać i jak prosić. Był bardzo dorosły jak na swój wiek. Nie widział świata przez różowe okulary. Nie był też samobójcą czy masochistą, który nie szanuje swojego życia.
Wyrachował sobie charakter. Wiedział jak żyć choć jego strategia obojętnego często prowokowała ludzi.
Ludzi. Właśnie. Rzadko ich tak nazywał. Dla niego byli to idioci dbający tylko o swój interes. Tak samo więc też postępował blondyn. Co bardzo ich rozzłościło i coraz częściej dochodziło do ataków takich jak na przykład wczoraj. Ale co za różnica skoro i tak to wszystko nie ma najmniejszego senesu?
- Naruto wstawaj! - Krzyknęła średniego wzrostu kobieta o intensywnie rudych włosach.
- Już idę mamo! - Odpowiedział chłopczyk wstając z łóżka i pośpiesznie udał się do kuchni gdzie przebywali jego rodzice.
Wszedł do jasnego pomieszczenia gdzie dominowała biel i brudny róż. Kolorowe kwiaty dodawały temu miejscy tylko większego uroku, lecz brak atmosfery psuł cały efekt.
- Cześć tato! Hej mamo! - Krzyknął blondynek uśmiechając się radośnie.
- Ehem. - Odpowiedział jego ojciec popijając kawę i jednocześnie czytając wczorajszą gazetę, której nie potrafił wcześniej przejrzeć.
- Cześć kochanie. - Rudowłosa ucałowała chłopca w policzek podając mu przed nos jajecznicę z papryką. Choć dzieciak nie lubił tego warzywa zjadł grzecznie całe śniadanie. Nie chciał popsuć matce dobrego humoru, który nie zdarzał się często.
Nagle jego ojciec odłożył gazetę i kawę na stolik, a jego wzrok powędrował na małolata.
- Gdzie byłeś wczoraj? - Zapytał groźnie.
- Spałem. -
- Kłamca. Nie było Cię w domu. Więc gdzie byłeś? - Spojrzał na syna spod byka dając równo znacznie chłopakowi do zrozumienia, że mówi poważnie.
- Nigdzie.- Szepną unikając wzroku swojego rodzica. Skulił lekko ramiona dzięki czemu wydawał się o wiele młodszy niż był w rzeczywistości.
- Powtórz. -
- Nigdzie. -
- Gdzie? -
-NIGDZIE! - Blondynek krzykną ze łzami w oczach. Jego ojciec wstał i podszedł do niego. Wymierzył cel  i uderzył dziecko. Chłopiec złapał się za zaczerwieniony policzek, a w jego oczach nie rozbłysły zły, lecz złość. Nienawidził za to swoich rodziców. Matkę za obojętność, ojca za ból. Nie czuł się winny. Mogli go pilnować. Mogli nie dać pobić go temu facetowi jak i wielu innym. Mógł ich obchodzić, a nie nich opinia. Chciał mieć normalne życie. Normalną rodzinę, lecz jak widać nie dane mu było zasmakować tej przyjemności.
- NIENAWIDZĘ WAS! - Krzykną i wybiegł z domu. Wybiegł i już nie wrócił. Nigdy. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz